Chorwacja, czyli… kraj pięknych widoków.

Pewnego wieczoru, siedząc na pomoście w Portoroz i patrząc na zachód Słońca, doszliśmy do wspólnego wniosku, że na następny dzień pojedziemy do latarni, którą widzieliśmy każdego wieczoru z pokoju Włóczykija. Na mapie sprawdziliśmy, że jest w miejscowości Savudrija. W ten sposób zaplanowaliśmy naszą pierwszą, wspólną wycieczkę do Chorwacji. Z Portoroz do Savudriji samochodem było jakieś …. km, czyli około 30minut.

Wstaliśmy z samego rana w dobrych humorach. Słoneczko pięknie świeciło tego dnia, a ja czułam, że będzie to jeden z najmilszych dni podczas mojego pobytu u Włóczykija. Spakowaliśmy wodę (w Słowenii woda z kranu jest idealna do picia!) i kilka kanapek do plecaka i wymknęliśmy się z akademika.

Dość szybko złapaliśmy stopa do granicy Słowenii z Chorwacją. Pokazaliśmy nasze dowody, ale w plecaku i tak mieliśmy przygotowane paszporty, bo niekiedy strażnicy ich też wymagali. Gdy powiedzieliśmy im, że idziemy do Savudriji to nas wyśmiali – rzeczywiście, ubrani w sandałki i tylko z plecakiem musieliśmy wyglądać dość zabawnie. Życzyli nam powodzenia i pomachali nam na pożegnanie. Od tego momentu postanowiliśmy, że pójdziemy chaszczami żeby ominąć kurz panujący na drodze, a spacer miał nam dobrze zrobić.

Obrazek

 

Po około godzinie dotarliśmy do głównej drogi, gdzie dość szybko udało nam się złapać pierwszego, po chorwackiej stronie, stopa. Mężczyzna, który zaproponował, że zawiezie nas do samej Savudriji mimo, że nie było mu to zbytnio po drodze mówił tylko po chorwacku. Jakie było jego zaskoczenie, gdy powiedziałam, że rozumiem wszystko, co mówi. Podobnie było w Słowenii – mimo, że nigdy nie uczyłam się tych języków i słyszałam je po raz pierwszy to nie miałam problemów z rozumieniem słów. Byłam z siebie taka dumna!

Gdy wysiedliśmy naszym oczom ukazały się czerwonoziemy, morze i głazy. Od razu zdjęłam buty i na bosaka szłam poboczem delektując się widokami, szumem wody i tym spokojem, który panował dokoła.

Obrazek

 

Pieszo doszliśmy do latarni, o której rozmawialiśmy każdego wieczoru. Muszę przyznać, że była to moja pierwsza latarnia, którą zobaczyłam w życiu.

Obrazek

 

Droga powrotna była jednak cięższa niż nam się wydawało. Na nogach przeszliśmy z 20km, a żaden samochód nie chciał nam się zatrzymać. Woda się skończyła. Słońce nadal prażyło. A my zdenerwowani zaczęliśmy rzucać przed siebie kamieniami żeby trochę odreagować. Siedzieliśmy chwilę na poboczu. Śmialiśmy się z naszych najmniejszych potknięć. W końcu, 4km przed granicą zatrzymał nam się sportowy samochód. Jego kierowca pochodził z Libanu, ale od kilku lat mieszkał w Chorwacji.

Gdy przekraczaliśmy granicę strażnicy pytali nas, jak się czujemy i jak nasze stopy. Najwyraźniej byliśmy dla nich atrakcją tego dnia, bo każdy na granicy nas kojarzył.

Kiedy dotarliśmy do Portoroz poszliśmy na najlepsze lody w Słowenii – do Cacao! Jeżeli będziecie kiedykolwiek w tym kraju obowiązkowo znajdźcie tę lodziarnię i odpocznijcie delektując się przepysznymi lodami. Nigdzie w Europie nie jadłam lepszych!

 

Obrazek