Węgry, czyli… Polak Węgier dwa bratanki.

Następnego dnia po powrocie z Chorwacji spakowaliśmy cały nasz dobytek i ruszyliśmy w podróż do Polski. Nie sądziliśmy, że tak ciężko będzie nam się pożegnać z akademikiem, w którym było tak wiele przyjaznych nam osób. Patrząc na ten budynek od razu przypomniały nam się okienne rozmowy, czyli chwile, gdy wywieszeni przez okna rozmawialiśmy z osobami, które wyglądały podobnie jak my ze swoich pokoi. Ostatni raz mogliśmy zobaczyć na panoramę jaka rozpościerała się ze schodów w dijaskim.

Obrazek

 

Z Portoroz do Mariboru zabrała nas właścicielka kieszonkowego psiaka, który tylko zerkał na nas z siedzenia obok kierowcy i nie wiedziałam, czy chce się do nas przytulić, czy też pożreć w całości. Z Mariboru zabrał nas miły Rosjanin – kierowca ciężarówki, który jechał nad Balaton, a to był nasz cel na ten dzień. Podczas krótkiej przerwy napoił nas czajem i mimo problemów w komunikacji (nie rozmawiał po angielsku) dowiedziałam się, że ma żonę i córkę w moim wieku. Wysadził nas w Keszthely, gdzie na poboczu stało dużo osób z arbuzami, a my zobaczyliśmy z drogi Balaton.

Obrazek

 

Stopa do centrum miasta złapaliśmy dość szybko, ale nasz kierowca mówił tylko po węgiersku i jechał jak wariat. Z trudem powstrzymywałam się przed piśnięciem, gdy niemal wjechał w jadący przed nim samochód. Szczęśliwa wysiadłam z tego samochodu mówiąc do jego właściciela: „Keseme” tzn. „dziękuję” (zapis, uprzedzam jest kosmiczny: „Köszönöm” 😀 ). Następnie trzymając się za ręce ruszyliśmy do hostelu, w którym mieliśmy zarezerwowany nocleg. Po zostawieniu bagaży wybraliśmy się na wieczorny spacer po miasteczku. Nasze serca podbiła cudna promenada nad Balatonem.

Obrazek

 

To właśnie tam wysłuchaliśmy relacji z pierwszego meczu Polaków w Mistrzostwach Europy w piłce nożnej, którą zrobił nam napotkany przypadkiem Polak. Polecił nam też wizytę na tamtejszym rynku.

Obrazek

 

Rano zwiedziliśmy zamkowe ogrody.

Obrazek

 

Pogoda nie była zbyt przekonująca, a niebo wyglądało tak jakby za chwilę miał lunąć deszcz, ale nie powstrzymało nas to przed ruszeniem w dalszą drogę. Planowaliśmy jechać do Balatonfured, ale kierowca, który się nam zatrzymał poprosił żebyśmy mu zaufali. Stwierdziliśmy: raz się żyje! Jadąc z nim dowiedzieliśmy się, że jego syn ma narzeczoną z Poznania, a on sam potrafił po polsku powiedzieć: „Polak, Węgier dwa bratanki”, czym całkowicie zdobył nasze serca. Zabrał nas do Tihany, miasta w którym odbywał się zjazd motocyklistów z całego świata. Był dziennikarzem i miał robić relację z tej imprezy. Jednocześnie zrobił też zdjęcie naszej dwójce żeby pokazać swojej przyszłej synowej, że wiózł jej rodaków. Na pożegnanie mocno nas uściska, co było niesamowicie miłe.

Obrazek

 

Ponad 40minut spędziliśmy na paradzie motocyklistów przejeżdżających przez to małe miasteczko. Życzliwie trąbili i przybijali „piątki” ludziom stojącym na chodnikach. Wszystkiemu towarzyszyły wesołe rozmowy miejscowych i odgłos ryku silników.

Obrazek

 

Siedząc nad Balatonem zjedliśmy kanapki i w ciszy żegnaliśmy się z węgierskim morzem ruszając w dalszą podróż. Wiedzieliśmy jednak, że przyjdzie dzień, gdy wrócimy do tego kraju, w którym mieszkańcy są tak przyjaźnie nastawieni do Polaków.

Obrazek

 

Gdy wyszliśmy na drogę żeby złapać stopa ustaliliśmy, że chcemy dotrzeć do Budapesztu. Mimo, że robiło się coraz później nie traciliśmy nadziei na to, że ktoś nam się zatrzyma. Jednak mijające nas osoby jedynie do nas machały. Gdy Włóczykij poszedł sprawdzić, czy na pobliskiej stacji jest Internet żeby zorientować się, czy niedaleko nie ma pociągu, który mógłby nas zabrać ja nie rezygnowałam z łapania. Otuliłam się kurtką i szalikiem w biało – czerwonych barwach, bo robiło się coraz zimniej i machałam kartką z napisem „Budapest”. Gdzieś w moim sercu wciąż tliła się nadzieja, że ktoś nas zabierze. Mijały kolejne minuty. Czas się dłużył. To właśnie są minusy autostopowania, ale… Po chwili zatrzymał się samochód. Taki z wyższej półki, jeśli mogę to tak określić. W środku siedział mężczyzna pod pięćdziesiątkę, który troskliwie spytał, czy coś się stało, a w jego oczach błyskały wesołe iskierki. Spytałam, czy jedzie do stolicy Węgier, a on po prostu powiedział: „Wsiadaj!”. Zawołałam Włóczykija i tak ruszyliśmy w jedną z najmilszych jazd, które wspominam każdemu do dnia dzisiejszego. Mężczyzna nie mówił za dobrze po angielsku, ale potrafił powiedzieć po polsku „Polak, Węgier dwa bratanki” i wtedy zrozumiałam, że niemal wszyscy Węgrzy to potrafią. Opowiedzieliśmy mu, że wracamy do Polski, a on opowiadał o sobie. Był biznesmenem i często przebywał w Krakowie, chwaląc bardzo to miasto. Podwiózł nas pod sam hostel (Hostel Katerina – polecam!) i na koniec, z okazji moich imienin, które miałam mieć na drugi dzień podarował mi pyszne, czerwone wino. Pożegnał nas tak, jakbyśmy znali się od lat i raz jeszcze życzył mi wszystkiego najlepszego. Po zostawieniu rzeczy w pokoju ruszyliśmy na spacer po Budapeszcie. To była jedna z tych nocy, o których się mówi, że są niesamowite.

Gdy spacerowaliśmy nad Dunajem zaczęło padać. Jakoś udało nam się dotrzeć do Zamku gdzie skryliśmy się w jednej z komnat. Nad miastem szalała burza. Nawet sekunda od błysku nie mijała i już słychać było przeszywający powietrze huk. Zawsze bałam się burzy. Siedziałam skulona i wpatrywałam się w niebo, które co jakiś czas przeszywały pioruny. Do tego w sąsiedniej komnacie młoda dziewczyna grała na skrzypcach, co tylko dodawało magii temu wszystkiemu.

Obrazek

 

Jeżeli dobrze się przyjrzycie to zobaczycie deszcz, który wraz z burzą szalał tamtej nocy nad Budapesztem.

Obrazek

 

Do hostelu wróciliśmy dopiero po północy. Zmęczeni rzuciliśmy się na łóżko i zasnęliśmy jak zabici.

Rano wybraliśmy się na Wyspę Świętej Małgorzaty żebym mogła w swoje imieniny posiedzieć na Wyspie mojej patronki. Było dość wcześnie, a już tłumy osób siedziały na ławeczkach bądź spacerowały brzegiem rzeki.

Naszym kolejnym celem był Vac, do którego udaliśmy się pociągiem. Stopem jest się ciężko wydostać z Budapesztu i dlatego wybraliśmy inną formę transportu. Co można powiedzieć o miasteczku, w którym wylądowaliśmy? Odbywał się tam jakiś Festiwal. Posiedzieliśmy chwilę.

Obrazek

 

Zjedliśmy coś. Nabraliśmy sił i ruszyliśmy w kierunku drogi żeby znaleźć odpowiednie miejsce. Stopa łapaliśmy około godziny, ale w końcu się nam udało. Przejechaliśmy do Słowacji z mężczyznami, którzy wyglądali na gangsterów. Naprawdę! Do dzisiaj śmieję się z mojego myślenia na ich temat. Gdy tylko wysiedliśmy z ich samochodu złapaliśmy kolejnego stopa. Do Jabłonki zabrał nas z sobą Turek, kierowca ciężarówki. Oczywiście zanim pozwolił nam wsiąść do kabiny to musieliśmy zdjąć buty. Przeklinałam pod nosem moją miłość do wysokich trampek, bo rozwiązywanie sznurówek trochę mi zajęło. Potem całą drogę karmił nas orzechami, a na granicy nie chciał mnie wypuścić z samochodu prosząc o mój numer telefonu. W końcu jakoś mnie Włóczykij wyciągnął i ponownie stanęliśmy na poboczu. Tym razem jednak byliśmy już w Polsce i czuliśmy ulgę, że bez problemu udało nam się wrócić do rodzinnego kraju. Dosłownie po minucie zatrzymał nam się samochód, a jego kierowca poinformował nas, że jedzie do Krakowa. Szczęśliwi wsiedliśmy do środka. Wystarczyło mi jedno spojrzenie na tego mężczyznę żebym wiedziała, że z zawodu jest żołnierzem. Nie powiedziałam tego głośno, ale przysłuchiwałam się dokładnie jego opowieściom. Włóczykij nie wierzył, że potrafię tak po jednym zerknięciu poznać żołnierza, ale… Po kilkunastu minutach nasz towarzysz powiedział, że właśnie wrócił z Afganistanu, gdzie jest pilotem wojskowym. Jeszcze większym zaskoczeniem dla mnie było to, gdy okazało się, że zna dobrze mojego kolegę ze studiów, który również był na tej wymianie i widział z nim się zaledwie kilka dni wcześniej. Całą drogę do Krakowa wesoło rozmawialiśmy. Wysadził nas niedaleko Galerii Krakowskiej i w ten oto sposób wróciliśmy do kraju.

Podsumowanie:

Czas wyprawy: 7 dni

Trasa (większe miejscowości) : Kraków – Lublana – Portoroz – Rovinj – Pula – Portoroz – Keszthely – Tihany – Budapeszt – Vac – Jabłonka – Kraków

Ilość kilometrów: 2179km

Kwota: 250zł

Reklamy

Słowenia, czyli… rozdanie drugie.

Do Słowenii wróciłam dość szybko, bo już miesiąc później wylądowałam w Lublanie, gdzie miałam spotkać się z Włóczykijem. Drogę pokonałam z mężczyzną, który służbowo jechał do Włoch i chętnie zabierał z sobą studentów. Nie wahałam się ani chwili – od razu zgodziłam się na podróż w jego towarzystwie.

Do Lublany dotarliśmy około godziny 21:30. Włóczykij jeszcze wracał z Serbii, więc musiałam sobie sama poradzić z dotarciem do Roznej Doliny, gdzie był kompleks akademików. Właśnie tam umówiłam się z Włóczykijem. Pamiętacie jak pisałam o zegarze, który podczas pierwszego pobytu w tej stolicy zwrócił moją uwagę? Właśnie pod nim miałam czekać. Nie miałam z sobą mapy. Z trudem kojarzyłam otaczające mnie budynki, ale stwierdziłam, że sobie poradzę. Z plecaka wyciągnęłam kartkę papieru, napisałam na niej adres akademików i zaczepiłam mijającą mnie na rolkach parę. Dziewczyna od razu zaproponowała, że pokaże mi drogę i tak w towarzystwie miłej Słowenki i jej narzeczonego ruszyłam do dijaskich. Rozmawialiśmy wesoło o tym, co robimy na co dzień, jak jest w Polsce i co pięknego jest w Krakowie i nim się obejrzałam byłam obok Parku Tivoli. Pożegnałam się z moimi przewodnikami i ruszyłam sama odczytując wiadomość od mojego chłopaka, który poinformował mnie, że dopiero koło północy do mnie dołączy. Położyłam plecak na ławce pod zegarem, otuliłam się kurtką i położyłam się podziwiając rozgwieżdżone niebo.

Po godzinie, którą spędziłam na wsłuchiwaniu się w rytm dzielnicy studenckiej usłyszałam zdanie wypowiedziane w moim kierunku po polsku. Zaskoczona podniosłam się i zobaczyłam uśmiechniętą dziewczynę.
-Mam się tobą zaopiekować. –podała mi rękę. Poszłyśmy do jej pokoju, gdzie czekała na nas druga Polka. Piłyśmy herbatę rozmawiając wesoło, gdy wrócił Włóczykij z Robinem, swoim kolegą Czechem. Podziękowałam dziewczynom za opiekę i wsiadłam do samochodu, który na nas czekał. Nie pamiętam drogi do Portoroz, bo zasnęłam jak dziecko przytulona do koca, którym mnie przykryli.

Z samego rana spakowaliśmy się, zabraliśmy rowery i ruszyliśmy w przejażdżkę po okolicy. Naszym celem był sad, gdzie rosły przepyszne czereśnie i jak się okazało… 

Obrazek

 

… BRZOSKWINIE 😀

Obrazek

 

W drodze powrotnej wpadliśmy na szalony pomysł – skrócimy sobie drogę i przeprowadzimy rowery przez słoweńską „plażę”. Jak już kiedyś wspominałam – Słowenia słynie z kamienistych plaży, ale my stwierdziliśmy, że damy radę. Dopiero po 15minutach „spaceru” doszliśmy do wniosku, że był to zły pomysł, ale zrezygnowaliśmy z zawrócenia. Jakoś udało nam się przenieść rowery na plecach mimo, że w myślach przeklinałam chwilę, gdy przytaknęłam Włóczykijowi. Po drodze natrafiliśmy na nudystów, którzy wpatrywali się w nas jakbyśmy byli kosmitami.

Zmęczeni, ale szczęśliwi dotarliśmy w końcu do Piranu.

Obrazek

 

Wieczorem nad morzem miała się odbyć impreza pożegnalna dla Erazmusów. Oczywiście nie mogliśmy opuścić takiego wydarzenia i mimo zmęczenia przyszykowaliśmy się i ruszyliśmy w kierunku skąd dobiegała głośna muzyka, i gdzie czekali na nas znajomi.

Najpierw poszliśmy jednak na krótki spacer, bo już na następny dzień planowaliśmy kolejną wycieczkę do Chorwacji, ale tym razem naszym celem była Pula i Rovinj. Siedzieliśmy na pomoście podziwiając ostatni zachód Słońca i wsłuchując się w szum morza, gwar rozmów i muzykę.

Obrazek

 

Tańczyliśmy całą noc, śmialiśmy się i piliśmy wino. Później wszyscy razem podziwiali księżyc, który tej nocy był w pełni i był tak duży, że wydawało się człowiekowi, że może po niego po prostu sięgnąć.

Obrazek

 

Za dwa dni, po powrocie z Chorwacji mieliśmy ruszyć w podróż powrotną do Polski. Oczywiście – autostopem.

Słowenia, czyli… miejsce, w którym warto się zakochać.

Z Wiednia wyruszyliśmy około godziny 8:00. Mieliśmy do przejechania ponad 500km, co jak dla mnie, początkującej autostopowiczki było nie lada wyzwaniem. Obawiałam się, że nie dotrzemy do Portoroz tego samego dnia i już zastanawiałam się, gdzie w razie czego będziemy nocować. Wtedy jeszcze nie wierzyłam mojej intuicji, która niemal wrzeszczała w mojej głowie, że jeżeli pierwszy samochód zatrzyma się po kilku minutach to już cała podróż będzie szła jak z płatka. Ruszając w stronę Mariboru co krok natrafialiśmy na Polaków, którzy tak jak i my stali na poboczach z kartonami, na których wypisywali nazwy swoich miejscowości docelowych. Dopiero po powrocie do Krakowa dowiedzieliśmy się, że w tym samym czasie, kiedy ja odbywałam swoją „podróż życia”, jak nazywałam wtedy wyjazd do Słowenii z Polski wyruszał AutostopRace do Włoch.

Zahaczyliśmy oczywiście o stolicę Słowenii, Lublanę (Ljubljanę) i w ten oto sposób rozpoczęłam swoje „zbieranie” stolic Europy. Posiedzieliśmy chwilę na akademikach w Rožna Dolina. Kilka tygodni później okazało się, że znajomość tej okolicy niezwykle mi się przydała, gdy po raz kolejny zagościłam w Słowenii.

Obrazek

Po krótkim spacerze ulicami Lublany wyruszyliśmy w dalszą podróż. Po 15minutach spędzonych na zajadaniu się kanapkami (chyba nigdy wcześniej nie smakowały mi tak wyjątkowo, jak właśnie tamtego dnia!) złapaliśmy stopa prosto do Portoroz. Jakie było nasze zaskoczenie, gdy siedząca obok kierowcy kobieta zwróciła się do nas po rosyjsku. Podczas drogi, jaką z nimi przemierzyliśmy (czyli około 2h jazdy) poznaliśmy historię niezwykle wesołej pary. On – rezolutny Słoweniec i Ona – wybuchowa Rosjanka sprawili, że całą drogę wesoło się zaśmiewaliśmy. Poczęstowali nas rakiją i wzięli na przejażdżkę po sklepach (chcieliśmy żeby nas wysadzili przed miastem, jak się o tym dowiedzieliśmy, ale stwierdzili, że nas tak nie zostawią). Największym zaskoczeniem dla mnie było to, że kazali nam się opiekować swoim 6-letnim synkiem. Maluch nie mówił po angielsku, więc Włóczykij rozmawiał z nim po słoweńsku, a ja siedziałam na krawężniku i grałam z nim w „sztolki” (ktoś z Was pamięta taką grę? tylko, że zamiast śrubek w mojej wersji były kamyczki). Małżeństwo po zrobieniu zakupów zawiozło nas pod sam akademik. Tam czekało na mnie skradanie się tak, żeby dozorca mnie nie zobaczył, bo wtedy musiałabym płacić za nocleg. Cóż, nieraz nocowało się w Krakowie na waleta, więc po cichutku skradłam się na trzecie piętro. Weszłam do pokoju i… Przeżyłam szok, gdy uściskał mnie wysoki chłopak mówiąc: „Mów mi wujku, zawsze się tobą zaopiekuję, gdy Włóczykij będzie zajęty”. Po kilku minutach wszystko się wyjaśniło – Dryblas był współlokatorem Wojtka, Polakiem. Po rozpakowaniu się ruszyliśmy na spacer brzegiem morza.

Pobudka? Godzina 8:30 i zadowoleni ruszyliśmy do Piranu, przepięknego miasta o którym do dzisiaj opowiadam znajomym.

Obrazek

Słysząc hasło Włóczykija, że pójdziemy plażą zadowolona ubrałam delikatne sandałki (największy błąd, jaki mogłam popełnić!). Trampki zostały w dijaskim (akademiku), a ja męczyłam się idąc kilka kilometrów po głazach, które tworzyły tutejszą plażę.

Obrazek

 

Naszym następnym celem był Bled i Bohinj, gdzie znajdowało się najpiękniejsze z jezior, jakie widziałam dotychczas.

Obrazek

 

Obrazek

Obrazek

 

W Bledzie nocowaliśmy w hostelu (http://www.hostel1004.com/ – polecam!), w którym panowała naprawdę beztroska atmosfera. Po spacerze dokoła Bohinjskiego Jeziora wróciliśmy do miejsca naszego spoczynku. Nocny spacer? Czułam się jak w horrorach o opuszczonych miastach. Spacerujemy sobie. Śmiejemy się i słyszymy, jak wszystkie wydawane przez nas dźwięki odbijają się od ścian pustych budynków. Lokale gastronomiczne świeciły pustkami, a na uliczkach nie było widać żywego ducha.

Obrazek

 

Tydzień w Słowenii minął szybciej niż się spodziewałam. Każdego dnia znikaliśmy na cały dzień i wracaliśmy w środku nocy. Omijały nas wszelkie akademickie imprezy, ale my we własnym gronie bawiliśmy się równie dobrze, co reszta. Po tych kilku dniach Włóczykij odwiózł mnie do Kamnika skąd miałam wracać ze znajomymi w mój Beskid Wyspowy. Kamnik – kolejne miasto na mojej liście, do którego będę musiała wrócić w przyszłości.

Obrazek