Mniejsze wyprawy, czyli Beskid Wyspowy i Pieniny

Lata mijały, a ja powoli szukałam swojej własnej drogi w życiu. Jeździłam na klasowe wycieczki, ewentualnie razem z przyjaciółkami na rowerach zwiedzałyśmy okoliczne miejscowości, bo na nic więcej nie miałyśmy czasu oraz… Pieniędzy. Chciałam czegoś więcej, ale żadna z moich towarzyszek nie była gotowa na większą wyprawę twierdząc, że jest to zbyt ryzykowne. A mnie ryzyko pociągało od zawsze. Taka byłam – lubiłam adrenalinę. Jako jedyna bawiłam się z grupką chłopaków w ASG (ang. Air Soft Gun), zostałam strażakiem, zaczęłam jeździć do akcji, trenować młodzików i udzielać się w miejscowości, z której pochodzę. W każdą niedzielę wspólnie z rodzinką ruszaliśmy w nasze miejscowe górki i wypoczywaliśmy na łonie natury. To były jedne z najpiękniejszych chwil w moim nastoletnim życiu – zieleń drzew i traw, przytulne zagajniki, śpiew ptaków i ludzie dzięki którym te momenty stawały się wyjątkowe. 

Obrazek

 

W 2009 roku, po maturze i chwilach, gdy straciłam Tatę i Przyjaciela, razem z przyjaciółką wpadłyśmy na pomysł, że wybierzemy się w Pieniny. Decyzję podjęłyśmy w piątek w nocy, a już w sobotę o 7:00 w czwórkę siedzieliśmy w samochodzie szykując się do wycieczki. Naszym celem było zdobycie Wysokiej – najwyższego szczytu w Pieninach mającego 1050 m n.p.m. Jak założyłyśmy, tak też zrobiłyśmy. W godzinach południowych szczęśliwi podziwialiśmy panoramę. A ja, po raz pierwszy od kilku miesięcy uśmiechnęłam się szczerze wierząc, że teraz już wszystko się uda. Czułam się tak, jakbym zdobyła wszystko stojąc na tym szczycie. 

Obrazek

 

Od tego momentu w moim życiu zaczęło się powoli układać, a ja sama każdego dnia pokonywałam kolejne etapy prowadzące do momentu, w którym jestem w chwili obecnej.