Bieszczady, czyli… jak uciekaliśmy, gdzie pieprz rośnie.

Postanowiliśmy, że wykorzystamy piękną, letnią pogodę i już w lipcu 2012 roku ruszyliśmy w Bieszczady. Stopa łapało nam się wyjątkowo łatwo i koło południa wylądowaliśmy w Uhercach, gdzie jest Rezerwat Przyrody „Bobry w Uhercach”. Tam to po raz pierwszy spotkałam się z typowymi dla Bieszczad szlakami.

Obrazek

 

Idąc „serduszkowym szlakiem”, jak to go nazwałam dotarliśmy do Ogrodu Biblijnego Caritas w Myczkowcach, gdzie mogliśmy chwilę odetchnąć w cieniu drzew. Do tego było tam Mini Zoo, gdzie zadowoleni przyglądaliśmy się zwierzakom. Nasze serca skradły małe króliki, które od razu otrzymały od nas imiona Tuptuś i Zyzio.

Obrazek

 

Po jakiejś godzinie błogiego relaksu ruszyliśmy dalej. Byliśmy zaskoczeni, gdy zatrzymał nam się samochód, a para w wieku naszych rodziców zaproponowała, że nas podrzuci jeśli wybieramy się nad Solinę. Szczęście nam sprzyjało i tak oto dotarliśmy do naszego początkowego celu. Obowiązkowe było zwiedzane tamy.

Obrazek

 

Na nocleg wybraliśmy pole namiotowe w Polańczyku (. Idealne na studencką kieszeń i było położone zaledwie 50 metrów od jeziora, dzięki czemu wieczorem mogliśmy się wybrać na spacer, podczas którego było nam dane podziwiać przepiękny wschód księżyca.

Obrazek

 

Rano zdecydowaliśmy, że pozwiedzamy okolicę. Zabraliśmy to, co było nam niezbędne, czyli kanapki i picie po czym ruszyliśmy przed siebie. Udało nam się znaleźć dziką plażę, która stała się naszym przystankiem na niemal cały dzień. Mogliśmy się dzięki temu rozkoszować ciszą i pięknymi widokami. Gdy upał nam doskwierał to wskakiwaliśmy zadowoleni do wody. Sielanka.

Obrazek

 

Obrazek

 

Jednak nie dla nas było takie długie nic nie robienie i już wieczorem postanowiliśmy wypożyczyć kajaki i popływać. W końcu będąc w takim miejscu trzeba wykorzystać wszystkie możliwe formy spędzania wolnego czasu.

Obrazek

 

Gdy wymęczeni, ale szczęśliwi wracaliśmy do namiotu usłyszeliśmy skoczną muzykę. Ruszyliśmy w tamtym kierunku i… Trafiliśmy na miejscową potańcówkę. Do później nocy tańczyliśmy w rytm disco polo bawiąc się dobrze wśród miejscowych. Po tym wszystkim zdecydowaliśmy się jeszcze na pożegnalną kąpiel w Solinie, a potem zasnęliśmy z przeświadczeniem, że był to cudowny dzień.

Rano – pobudka przed 8:00. Szybkie śniadanie. Pakowanie. Pożegnanie się z naszym gospodarzem i ruszyliśmy do Rezerwatu Przyrody Sinych Wirów, a stopa łapaliśmy już tylko na kilometry.

Obrazek

 

Miejscowi ostrzegali nas przed inwazją tzw. końskich much, które w tym roku były postrachem w Bieszczadach, ale doszliśmy do wniosku, że mamy spray na komary, więc może zadziała też na inne bestie. W Rezerwacie zaskoczył nas poziom wody, której było naprawdę niewiele. Nasłuchaliśmy się historii, że dawno nie było tutaj opadów deszczu i ludzie już niemal modlą się o jedną, ale porządną ulewę.

Obrazek

 

Jak najszybciej swoje kroki skierowaliśmy dalej, bo nie było naszym celem spędzenie dnia w tłumie ludzi, który tak jak i my wybrali ten Rezerwat na swój kierunek podróży. Zawsze w takich miejscach szukamy ciszy i spokoju, a tutaj był harmider jakby co najmniej niedaleko zostało otworzone wesołe miasteczko. Dlatego też zdecydowaliśmy, że pójdziemy brzegiem, a nie szlakiem.

Obrazek

 

Było to z naszej strony jedno z lepszych posunięć, bo pozbyliśmy się ludzi, a jednocześnie drzewa dawały nam schronienie przed promieniami lipcowego słońca, a woda chłodziła. W ten oto sposób pokonaliśmy ponad 20km. Nigdy jeszcze nie szłam tak szybko jak tamtego dnia. Co krok atakowały nas stwory, przed którymi ostrzegali nas miejscowi. Co z tego, że używaliśmy sprayu na komary skoro nie odstraszały krwiożerczych much? Spotkany po drodze drwal zaproponował nam spoczynek w swojej chacie, gdzie poczęstował nas borówkami i wodą. Poradził nam też byśmy jak najszybciej stąd uciekali, bo inaczej nic po nas nie zostanie. Postanowiliśmy go posłuchać zwłaszcza, że byliśmy cali w czerwonych bąblach i muchach, które nie chciały się od nas odczepić. Najpierw jednak, niedaleko jego chatki zrobiliśmy sobie krótki odpoczynek, a muchojady przez kilka minut zaprzestały ataku.

Obrazek

Jeszcze tego samego wieczoru rozbiliśmy namiot na polu w Cisnej. Zajrzeliśmy też obowiązkowo na piwo do Siekierezady, gdzie ja oddałam się czytaniu opowieści zakapiorów, a Włóczykij popijał piwo, które co chwilę mu odbierałam. Byłam pod wrażeniem tych historii i co chwilę wybuchałam śmiechem. Po powrocie do namiotu okazało się, że nasi gospodarze co wieczór, dla swoich gości organizują ognisko ze śpiewami przy dźwiękach gitary. Oczywiście nie mogliśmy tego ominąć i chętnie przysiedliśmy się do już siedzących osób. A pole namiotowe z Bieszczadzkimi Aniołami polecamy i sami tam z pewnością powrócimy.

Obrazek

Następnego dnia z plecakami i namiotem ruszyliśmy torami w kierunku przestanku Bieszczadzkiej Kolejki Majdan. Planowaliśmy, że się nią przejedziemy, jednak plany popsuła nam gwałtowna ulewa połączona z burzą. Miejscowi pewnie szaleli ze szczęścia, ale my w pośpiechu łapaliśmy stopa. Na szczęście nad biednymi autostopowiczami zlitowała się starsza para. W ten oto sposób po przebyciu wielu kilometrów wylądowaliśmy w moim ukochanym Beskidzie Wyspowym.

Obrazek

A Bieszczady? Szykujemy się do powrotu do nich w najbliższym czasie!

 

Podsumowanie:

Czas wyprawy: 4dni

Trasa: Kraków – Uherce – Myszkowce – Solina – Polańczyk – Sine Wiry – Cisna – Beskid Wyspowy

Ilość kilometrów: 473km

Kwota: 60zł