Słowenia, czyli… miejsce, w którym warto się zakochać.

Z Wiednia wyruszyliśmy około godziny 8:00. Mieliśmy do przejechania ponad 500km, co jak dla mnie, początkującej autostopowiczki było nie lada wyzwaniem. Obawiałam się, że nie dotrzemy do Portoroz tego samego dnia i już zastanawiałam się, gdzie w razie czego będziemy nocować. Wtedy jeszcze nie wierzyłam mojej intuicji, która niemal wrzeszczała w mojej głowie, że jeżeli pierwszy samochód zatrzyma się po kilku minutach to już cała podróż będzie szła jak z płatka. Ruszając w stronę Mariboru co krok natrafialiśmy na Polaków, którzy tak jak i my stali na poboczach z kartonami, na których wypisywali nazwy swoich miejscowości docelowych. Dopiero po powrocie do Krakowa dowiedzieliśmy się, że w tym samym czasie, kiedy ja odbywałam swoją „podróż życia”, jak nazywałam wtedy wyjazd do Słowenii z Polski wyruszał AutostopRace do Włoch.

Zahaczyliśmy oczywiście o stolicę Słowenii, Lublanę (Ljubljanę) i w ten oto sposób rozpoczęłam swoje „zbieranie” stolic Europy. Posiedzieliśmy chwilę na akademikach w Rožna Dolina. Kilka tygodni później okazało się, że znajomość tej okolicy niezwykle mi się przydała, gdy po raz kolejny zagościłam w Słowenii.

Obrazek

Po krótkim spacerze ulicami Lublany wyruszyliśmy w dalszą podróż. Po 15minutach spędzonych na zajadaniu się kanapkami (chyba nigdy wcześniej nie smakowały mi tak wyjątkowo, jak właśnie tamtego dnia!) złapaliśmy stopa prosto do Portoroz. Jakie było nasze zaskoczenie, gdy siedząca obok kierowcy kobieta zwróciła się do nas po rosyjsku. Podczas drogi, jaką z nimi przemierzyliśmy (czyli około 2h jazdy) poznaliśmy historię niezwykle wesołej pary. On – rezolutny Słoweniec i Ona – wybuchowa Rosjanka sprawili, że całą drogę wesoło się zaśmiewaliśmy. Poczęstowali nas rakiją i wzięli na przejażdżkę po sklepach (chcieliśmy żeby nas wysadzili przed miastem, jak się o tym dowiedzieliśmy, ale stwierdzili, że nas tak nie zostawią). Największym zaskoczeniem dla mnie było to, że kazali nam się opiekować swoim 6-letnim synkiem. Maluch nie mówił po angielsku, więc Włóczykij rozmawiał z nim po słoweńsku, a ja siedziałam na krawężniku i grałam z nim w „sztolki” (ktoś z Was pamięta taką grę? tylko, że zamiast śrubek w mojej wersji były kamyczki). Małżeństwo po zrobieniu zakupów zawiozło nas pod sam akademik. Tam czekało na mnie skradanie się tak, żeby dozorca mnie nie zobaczył, bo wtedy musiałabym płacić za nocleg. Cóż, nieraz nocowało się w Krakowie na waleta, więc po cichutku skradłam się na trzecie piętro. Weszłam do pokoju i… Przeżyłam szok, gdy uściskał mnie wysoki chłopak mówiąc: „Mów mi wujku, zawsze się tobą zaopiekuję, gdy Włóczykij będzie zajęty”. Po kilku minutach wszystko się wyjaśniło – Dryblas był współlokatorem Wojtka, Polakiem. Po rozpakowaniu się ruszyliśmy na spacer brzegiem morza.

Pobudka? Godzina 8:30 i zadowoleni ruszyliśmy do Piranu, przepięknego miasta o którym do dzisiaj opowiadam znajomym.

Obrazek

Słysząc hasło Włóczykija, że pójdziemy plażą zadowolona ubrałam delikatne sandałki (największy błąd, jaki mogłam popełnić!). Trampki zostały w dijaskim (akademiku), a ja męczyłam się idąc kilka kilometrów po głazach, które tworzyły tutejszą plażę.

Obrazek

 

Naszym następnym celem był Bled i Bohinj, gdzie znajdowało się najpiękniejsze z jezior, jakie widziałam dotychczas.

Obrazek

 

Obrazek

Obrazek

 

W Bledzie nocowaliśmy w hostelu (http://www.hostel1004.com/ – polecam!), w którym panowała naprawdę beztroska atmosfera. Po spacerze dokoła Bohinjskiego Jeziora wróciliśmy do miejsca naszego spoczynku. Nocny spacer? Czułam się jak w horrorach o opuszczonych miastach. Spacerujemy sobie. Śmiejemy się i słyszymy, jak wszystkie wydawane przez nas dźwięki odbijają się od ścian pustych budynków. Lokale gastronomiczne świeciły pustkami, a na uliczkach nie było widać żywego ducha.

Obrazek

 

Tydzień w Słowenii minął szybciej niż się spodziewałam. Każdego dnia znikaliśmy na cały dzień i wracaliśmy w środku nocy. Omijały nas wszelkie akademickie imprezy, ale my we własnym gronie bawiliśmy się równie dobrze, co reszta. Po tych kilku dniach Włóczykij odwiózł mnie do Kamnika skąd miałam wracać ze znajomymi w mój Beskid Wyspowy. Kamnik – kolejne miasto na mojej liście, do którego będę musiała wrócić w przyszłości.

Obrazek

 

 

Reklamy

3 thoughts on “Słowenia, czyli… miejsce, w którym warto się zakochać.

  1. Bardzo ładne to jezioro. Gratuluję udanej wyprawy 😉 Swoją drogą podoba mi się jak piszesz, tak lekko, jakby to były Twoje myśli, dokładnie przepisane.

    • Gdy zaczynam pisać to automatycznie powracam do tych miejsc 🙂 Na pierwszego stopa wybierz miejsce gdzieś niedaleko żeby się rozruszać 🙂 A kiedyś w przyszłości… Musisz się wybrać do Słowenii 🙂

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s